NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Być żoną Jerzego Maksymiuka

Jerzy Maksymiuk z żoną
Jerzy Maksymiuk z żoną Fot. materiały własne
W momencie kiedy się połączyliśmy, miałam na głowie: uzależnionego Maksymiuka, schodzącą z tego świata jego żonę i podjętą decyzję, że jestem z nim.

W tym roku dyrygent, kompozytor, pianista, Maestro Jerzy Maksymiuk skończył osiemdziesiąt lat.



Nazwisko Jerzego Maksymiuka u schyłku lat 80. elektryzowało legendą. Ewa, jeszcze wówczas Piasecka, przekonała redakcję swojego tygodnika, aby zrobić wywiad z dyrygentem. Pytając osobę, która udostępniła jej numer telefonu, czy uda się umówić z tak wielkim człowiekiem usłyszała: „Ponieważ jest pani kobietą, trudności nie będzie…” Dyrygent miał opinię Don Juana. Pojechała do Białegostoku, gdyż maestro zaraz po koncercie wracał do Londynu.

- To nie był łatwy wywiad – mówi po latach żona, Ewa Piasecka-Maksymiuk – sześćset średnio ważnych zdań dygresji. Mam w sobie pazur pedagogiczny, więc brutalnie przerywałam rozmowę, kiedy jej wątek rozsypywał się na dygresyjne i nie związane z nim cząsteczki. Wyciągałam z Jurka zdanie, po zdaniu, które pozwalały mi budować wizerunek nie tylko dyrygenta, ale też człowieka o niezwykle szerokich horyzontach i głębokich przemyśleniach. Nie był do tego przyzwyczajony. Inni dziennikarze rozmawiali z nim na klęczkach, pokornie wysłuchując wszystkiego, co mówi. W trakcie wywiadu zaczęła rodzić się moja fascynacja: barwną osobowością, niezwykle ciekawym mężczyzną i tworzonym przez niego misterium muzycznym. Kolejność nieważna. Obrazowo mówiąc: uderzył dzwon.

Po tym wywiadzie na adres mojej redakcji zaczęły przychodzić kartki z całego świata z zamaszystym podpisem: „Jerzy Maksymiuk”. Mogły oznaczać, że dzwon uderzył nie tylko z jednej strony
.

Opublikowana rozmowa z dyrygentem wywołała spory odzew czytelników. Redakcja postanowiła, aby Ewa Piasecka-Maksymiuk zrobiła cały cykl wywiadów z Maksymiukiem. W kilkumiesięcznych odstępach były więc kolejne spotkania, następne wywiady.

- Byłam wtedy w związku, więc stawiałam sobie tamę. Jednak trudno było nie skorzystać z zaproszeń na koncerty. Jurek wiódł swoje życie, żył swoimi romansami, niemniej oboje wiedzieliśmy, że istniejemy.

Ewa Piasecka-Maksymiuk zmieniła pracę, ale kartki przychodziły także na adres nowej redakcji. Kolejna zmiana pracy – oprócz pocztówek pojawiły się telefony. Rozmowy były coraz dłuższe i dłuższe.

Po latach Maksymiuk wyzna:

- Z Rejkiawiku wydzwoniłem 21 tysięcy dolarów. Z Australii całe honorarium i jeszcze musiałem dopłacić…

- Mówił o wszystkim, dosłownie o wszystkim: jakie wspaniałe powietrze jest w Australii, że wszędzie pięknie pachnie…

Nadszedł czas kiedy zaczęli się spotykać częściej i było już wiadomo, że nie w celu przeprowadzenia kolejnego wywiadu.

- Wiedziałam, że z czasem pojawią się poważne życiowe komplikacje. Jurek ciągle był w związku małżeńskim i ja też. Nie toleruję żadnych trójkątów. Musieliśmy odpowiedzieć na pytanie: co wybieramy. Rozstrzygnąć musiałam też dylemat – czy powinnam burzyć trwający od wielu lat dobry związek.

Od męża, człowieka bez wad – jak usłyszałem podczas jednej z rozmów – odeszła „tak jak stała”. Dlatego w archiwum domowym Maksymiuków nie ma ani jednego zdjęcia Ewy z przeszłości, o co prosiłem na potrzeby pisanej książki. Podjęli decyzję – będą razem, ale Ewa nie wiedziała jeszcze jakie inne poważne problemy będą do rozwiązania.

Dziesięcioletni kontrakt w Glasgow i cztery lata pobytu w Londynie, to nie tylko splendor, doktorat honoris causa Strathclyde University w Glasgow, dożywotni, honorowy, tytuł Conductor Laureate BBC Scottish Symphony Orchestra, koncerty na całym świecie, zaproszenia od najlepszych orkiestr, wielokrotne dyrygowanie BBC Proms w Royal Albert Hall w Londynie, międzynarodowa rozpoznawalność.

Jest też mroczna strona tego lśniącego medalu, o której maestro mówi dziś bez oporów, jak o zamkniętym rozdziale z odległej przeszłości:

- Nie śpię, nie śpię, nie śpię i myślę: „Napiję się czerwonego wina”. Wypiłem trzy kieliszki, czyli pół butelki. Pomogło i na chwilę zasypiałem. Ale budziłem się, więc jeszcze sączyłem i na dnie zostawiałem parę kropel, dla honoru... Bywało, że przez trzy miesiące spałem może kilkanaście godzin… Ale po leczeniu winem było ciężko.

Na bezsenność nakłada się także chciwość agencji realizujących kontrakty i organizujących koncerty. Żona, mimo upływu czasu, nie skrywa irytacji:

- Nie może człowiek, tak wrażliwy jak Jurek, przemieszczać się bez przerwy z jednej strefy czasowej do innej, nie może z jednego utworu przeskakiwać na drugi i jednocześnie uczyć się następnego. Odżywia się jak chce, albo się nie odżywia, tylko coś połknie. Wielki dyrygent, Valery Gergiev często jeździ po świecie z całą rodziną. Jurek też był i jest wielkim dyrygentem...

Do tego należy dopisać samotność. Przerażającą. To przyczyna ogromnych rachunków za telefony. Jerzym Maksymiukiem nie interesuje nikt.

Powrót do kraju, to pogrążanie się w mroku.

Zetknięcie z orkiestrami, które od dyscypliny pracy poczynając, a na poziomie wykonawczym kończąc dalece odbiegały od tych, do których przyzwyczaił się w tracie 14 letniego pobytu na Wyspach. Za pulpitami młodzi, świetni, muzycy, którzy Maksymiuka znają tylko z anegdot opowiadanych przez starszych kolegów i ewentualnie z nagrań płytowych. Podobnie z większością publiczności sal koncertowych. Nazwisko Jerzy Maksymiuk przestało elektryzować.

Kłopoty z zasypianiem spotęgowały się. W Anglii rozwiązanie widział w alkoholu, po powrocie doszły środki nasenne, nazbyt często nadużywane.

Ewa stała się powierniczką zwierzeń. Z opisu objawów „dziwnej choroby” starszej od Jerzego Maksymiuka o trzynaście lat żony wywnioskowała jednoznacznie i właściwie: alzheimer.

- Podjęłam działania – kompletnie niezrozumiałe dla najbliższego naszego otoczenia –zajęłam się jego żoną organizując codzienne czynności domowe do końca jej życia. W momencie kiedy się połączyliśmy miałam na głowie: uzależnionego Maksymiuka, schodzącą z tego świata jego żonę i podjętą decyzję, że jestem z nim.

Żona ocenia, że Jerzy Maksymiuk był w tym okresie kompletną ruiną psychiczną. Do tego stopnia, że podczas jednego z koncertów dyrygował bez żadnego wpływu na orkiestrę. Skończyły się zaproszenia od filharmonii i od orkiestr. Zaczęła pisać książkę „Maksym na maksa”. Sądziła, że będzie to dobrą terapią dla niego.

- Jednak nie wszystko i na wszystko jest remedium. On jest człowiekiem, który przysparza kłopotów wyłącznie sobie. Jeśli się awanturuje, to na sali prób, kiedy walczy o „swojego” Mozarta, czy Schuberta. W sytuacjach domowych jest takim zwierzątkiem, które się zamknie w jamie, no i już. Długotrwałą walkę przegrywałam ja, przegrywał Jurek. Dzięki wsparciu lekarzy-specjalistów udało się, po długim czasie, wyjść z nałogu. Zrozumiał co już przegrał i co jeszcze może przegrać. Ale wygrał.

Do dziś Ewa pilnuje, żeby mąż nie wstawał w nocy i nie uczył się partytur, żeby odpoczął. Dowozi go samochodem na próby, dba żeby był dobrze ubrany, żeby nie był w dwóch różnych butach, co mu się zdarzało, żeby był uczesany.

- Przeżywałam w tym okresie swoisty rodzaj fascynacji: oto jestem z mężczyzną, który był trochę jak człowiek pierwotny, którego wszystkiego trzeba było nauczyć. Jednak kiedy się spojrzy na jego przeszłość, to można zrozumieć, że nie nauczył się wielu zachowań, czy reakcji. Wspaniałe więc stało się odkrywanie, że jest człowiekiem kochającym ludzi, mężczyzną ciepłym, wrażliwym, potrafiącym okazywać wielką czułość.

W okresie największych światowych sukcesów założonej przez Maksymiuka Polskiej Orkiestry Kameralnej władza – podobnie jak innym zasłużonym artystom – dwukrotnie proponowała dyrygentowi przyjęcie willi na Żoliborzu. On jednak dwukrotnie odmawiał argumentując, że jeśli muzycy nie mają mieszkań, to on, ich szef związany z nimi także emocjonalną batutą, nie przyjmie propozycji.

- Mieszkanie nigdy go nie interesowało. Wszędzie leżały partytury, co najmniej kilkaset. Niektóre w czterech egzemplarzach, ponieważ poprzednio kupionej nie mógł znaleźć. Wszędzie płyty ułożone na stosach. Była szafa, w której można było jako tako poukładać wcześniej skatalogowane alfabetycznie partytury. Ktoś musiał to zrobić. Minęły miesiące zanim Jurek to docenił, że łatwo dotrzeć do odpowiedniej partytury, że nie trzeba przerzucać góry płyt, tylko podejść do regału i sięgnąć. Zaczął doceniać to, że Paderewski jest wśród płyt na „P”.

Ewa mówi, że przez wszystkie te lata tylko jeden raz opuściła połowę próby. Organizuje wszystko. Od uczesania męża, zmianę przepoconej koszuli po zadbanie, aby w garderobie była kawa i kanapki. Jest coś jeszcze:

- Nie jestem ani dyplomatą, ani dżentelmenem, nie mam dobrych manier i już nie będę miał. – Mówi o sobie Maksymiuk.

Podczas próby – co słyszałem – potrafi powiedzieć pianiście:

- Kupię panu organki, skoro nie umie pan zagrać piano na fortepianie.

- W mojej obecności – ocenia żona – jego reakcje bywają bardziej wyciszone. Zniknęły uwagi w tonie: „Co za żenujący poziom! Pan nie umie grać! Pan nie powinien w ogóle być w orkiestrze!”. Zdarzył się przypadek, że w jednej z takich sytuacji gwałtownie zareagowały… związki zawodowe. Orkiestry na całym świecie, mają swoje niepisane kody, których naruszyć nie wolno. Samo moje podejście do podestu dyrygenta traktowane jest często jako profanacja nie tyle Maksymiuka, ile jakiegoś sacrum, które istnieje podczas próby. Ale ja podchodzę i mówię: „Masz godzinę do końca próby, a ty grzebiesz w jednym detalu”. Wielu muzyków to drażni. Ale równie wielu podchodzi do mnie, aby podziękować właśnie za to.

Skorzystałem z wypowiedzi J. Maksymiuka zawartej w wywiadzie przeprowadzonym przez Dariusza Zaborka, „Dominujący element furii” opublikowanym w Gazecie Wyborczej z dnia 16.09.2008 r.

Więcej na maksymiukbiografia.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...